Co u pana słychać, panie dyrektorze Białek? PEŁNA WERSJA PUBLIKACJI

  • 15.01.2019, 11:16 (aktualizacja 30.03.2019 22:26)
  • Janusz Urbaniak
Co u pana słychać, panie dyrektorze Białek?  PEŁNA WERSJA PUBLIKACJI Archiwum rodzinne Zdzisław Białek z żoną w swoim domu
Był dyrektorem największej krotoszyńskiej fabryki w latach poprzedzających wolną Polskę. W Krotoszynie nastał w 1970 r., gdy postanowiono połączyć kaliską WSK i tutejszy Zakład Sprzętu Motoryzacyjnego. Mając 31 lat został zastępcą dyrektora do spraw technicznych. – Przyszedłem z innej branży, tam robiliśmy silniki lotnicze, ale udało się – mówi dziś niemal 80-letni Zdzisław Białek.

Z człowiekiem, który dla WSM był łącznikiem między dawnymi i nowymi czasy, spotykam się w jego domu, by zapytać, co dziś porabia i co sądzi o tamtym czasie, a także o naszej współczesności.
- Dyrektorem został wtedy Olgierd Hoffmann – kontynuuje. On zajmował się sprawami politycznymi, a ja prowadziłem produkcję. Nie byłem członkiem partii. Nie odpowiadała mi przede wszystkim niechęć do religii katolickiej. Ale zapisałem się.  
Nigdy natomiast nie zapisał się do Solidarności. Był wtedy członkiem Związku Zawodowego Metalowców i w tych strukturach chciał do końca pozostać. – Przeżyłem to wszystko – tylko tyle na razie mówi, nawiązując do gorących lat 80.

Jakie mam korzenie?
Dyrektorem przedsiębiorstwa został w 1980 r. w wyniku konkursu, a nie mianowania. Miał wtedy 5 kontrkandydatów.
Urodził się w Warszawie i tam z rodzicami przeżył Powstanie. Potem mieszkali na tzw. ziemiach odzyskanych, choć ich ojcowizna mieściła się pod Kaliszem. Po studiach na Politechnice Wrocławskiej pracował w Jasienicy pod Żarami, skąd wrócił w końcu do Kalisza.– Nie umiem powiedzieć, jakie mam korzenie – puentuje opowieść o zmieniających się miejscach swojego życia.
Zdzisław Białek odszedł z zakładu w 2000 r., w rok po fuzji z MAHLE. Bardzo obawiał się o swoją przyszłość, bo wtedy, w podobnych sytuacjach, dyrektorów zwalniano z dnia na dzień. – Chyba dobrze go prowadziłem, że się sprywatyzował i nic takiego nie nastąpiło.
Wspomina pożegnanie, na którym byli wszyscy najważniejsi.– Jestem z tego zadowolony. Choć niektórzy twierdzili, że mogłem wywalczyć dla siebie więcej. Ale nie pieniądze są najważniejsze, do biednych nie należałem.

Wysiłek i stres
Były dyrektor dużo czyta, ogląda w telewizji imprezy sportowe, filmy dokumentalne i przyrodnicze. U zwierząt zastanawiają go wierność czy opiekuńczość, które powinny być wzorem dla ludzi, a nie są. Boli go chciwość i zawiść wielu prominentnych osób. A także przejawy korupcji, o których ciągle donoszą media. Wspomina też słowa papieża Franciszka. Odnoszę wrażenie, że sprawy wiary są dla niego bardzo ważne. Jego codzienne lektury to Gazeta Wyborcza i Przegląd Sportowy.
W pierwszych latach na emeryturze wyjeżdżał wraz z żoną, ale teraz wypoczywa głównie w ogrodzie, który jest za domem. Zwiedził południe Europy i północne państwa Afryki. Poznał wiele republik ówczesnego ZSRR.
- Moje życie od rana do wieczora wypełniała praca. Co prawda dobrze zarabiałem, ale to był wielki wysiłek i stres. W domu byłem gościem, praktycznie żona wychowywała dzieci. Bardzo je kochałem, ale wszyscy razem mogliśmy się spotykać tylko w soboty i niedziele. Ciągle były jakieś zagraniczne delegacje. Po pracy trzeba się było z nimi spotykać. Do domu wracałem o 2.00 w nocy, a o 7.00 rano pod dom podjeżdżał samochód służbowy... Ale jedno panu powiem. Nie cierpiałem pijaństwa i ludzi, którzy pili, zwalniałem. Bałem się, że może dojść do wypadku.

Miałem trochę szczęścia
WSM zatrudniał wtedy 1.500 pracowników, czyli 6 tys. ludzi żyło z zakładu. – Czułem ogromną odpowiedzialność i bałem się, że fabryka może upaść – mówi, przypominając, że za Balcerowicza Starachowice i Ursus przestały płacić. – A nieszczęścia przychodzą niezależnie, więc bałem się – dodaje.
Zakład uratowały dobre kontakty z WBK i duży eksport, głównie do Szwecji. Szwedzi płacili w ostatnim dniu, ale byli pewni. Inaczej było z Włochami czy z Marokiem, wielu innych również się spóźniało. Na głowie dyrekcji było także kilka milionów dolarów kredytu na budowę nowego zakładu. – Ludzie nie poszli na bruk, miałem trochę szczęścia – mówi.
- Bardzo przeżyłem Solidarność i stan wojenny – dodaje. WSM nadzorowało 6 pułkowników, był plan, żeby zabezpieczyć zakład kompanią wojska. Tym bardziej, że w Mielcu i Świdniku doszło do aresztu dyrekcji, a to mogło pociągnąć za sobą nieobliczalne skutki. – Bałem się  sabotażu ze strony działaczy, wtedy działali Wudarski, Kalisz, Rettig. Ale przeżyłem to wszystko – te ostatnie słowa powtarza po raz kolejny.

Życiowe résumé
Mojego rozmówcę znam od lat 90., gdy prezesował Klubowi Przedsiębiorców Ziemi Krotoszyńskiej i miał potężną władzę. Na ile zmienił go czas?
Wydaje mi się, że dawna pewność siebie ustąpiła miejsca refleksyjności i jakiemuś głębszemu spojrzeniu, a także otwarciu. Być może ta powolna rozmowa stała się okazją do przekazania dawnym partnerom i pracownikom jakiegoś życiowego résumé. Na ile kompletnego – nie potrafię ocenić. Czuję natomiast w jego wypowiedziach naturalność i próbę zmierzenia się z przeszłością.
- W latach 1994-1995 wiedziałem, że jeśli nie zainwestujemy, nie wytrzymamy konkurencji z DAF-em, Scanią, Leylandem. Wniosek był jeden, musimy się bogato ożenić i wziąć sprawy w swoje ręce, bo NFI nam nie pomoże – opowiada. Atutami zakładu było114 inżynierów i 1.560 pracowników produkcji. To oni swoją dobrą pracą przez wiele lat nadrabiali braki inwestycyjne, podkreśla z naciskiem.
Z kim mieli się związać? – Nie z konkurentem, bo nas zlikwiduje. MAHLE znało nas bardzo dobrze, współpracowaliśmy. Zaprosiłem dr. Junkera, postawiłem na argument, że jesteśmy jedyną fabryką w Europie, która produkuje tuleje i tłoki.
Udało się, mimo że wojewoda kaliski Pietkiewicz wolał sprzedać zakładu w Kaliszu, a nie w  Krotoszynie.

Cena sukcesu
WSM zostało sprzedane za 140 mln dolarów, podczas gdy stocznia gdańska poszła... za 115 mln. – Każdy z pracowników, który przepracował 10-15 lat dostał wynagrodzenie, za które mógł nabyć cinquecento. Nie było preferencji dla pracowników dyrekcji. Tak chciałem – mówi Zdzisław Białek.
Dyrektorem największej fabryki w mieście był przez 20 długich, trudnych lat. Biorąc pod uwagę to, że po wielu państwowych zakładach nie ma już śladu, odniósł wyraźny sukces. WSM przetrwało, mogło dalej się rozwijać, a koncern zyskał kolejne ogniwo w swoim długim łańcuchu.
Dziś patrząc i słuchając dyr. Białka wiem na pewno, że kosztowało go to bardzo dużo, że nic nie ma w życiu za darmo.

 

 

 

Janusz Urbaniak

Zdjęcia (1)

Zdzisław Białek prowadzi zebranie Klubu Przedsiębiorców Ziemi Krotoszyńskiej. Ok. 2000 r.
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe