PITAWAL Z DAWNYCH LAT. Strzały na polu i w lesie*** Śmierć pod lodem*** Złodziejska eskapada

  • 14.01.2019, 18:32 (aktualizacja 15.01.2019 10:34)
  • Oprac. Damian Szymczak
PITAWAL Z DAWNYCH LAT. Strzały na polu i w lesie***  Śmierć pod lodem*** Złodziejska eskapada Archiwum
W tym dziale chcemy przypomnieć najbardziej niezwykłe zdarzenia kryminalne, które miały miejsce w latach międzywojennych. Pisały o nich gazety z tamtych lat, które cieszyły się o wiele większą poczytnością niż dzisiaj.

Strzały
Przed wojną około połowy polskich lasów znajdowało się w prywatnych rękach. Właściciele majątków leśnych zatrudniali specjalnych pracowników, którzy im tych lasów pilnowali, bo kłusownictwo (z biedy) było powszechną plagą. Nie lepiej bywało i na polach, skąd kradziono ziemniaki, zboże, buraki, słowem wszystko. Dlatego wynajmowano dozorców, by tego strzegli.
Takich ludzi określano mianem polowych. Był nim także Teodor Michalak z Krotoszyna, który został zatrudniony w majątku Gałązki Małe. N
W sobotę, 12 października 1935, patrolował powierzony sobie teren. Niestety nagle wypalił służbowy karabin, który niósł Michalak. Straszliwy pech spowodował, że kula ugodziła jedną z kobiet pracujących na polu, Janinę Wrotecką z Biskupic. Ciężko ranną przewieziono do szpitala w Ostrowie. Nie udało się jej uratować, po ośmiu godzinach zmarła. Wszczęto oczywiście śledztwo, które miało wyjaśnić przyczyny tego dramatycznego wypadku.
Z kolei kilka dni później padł strzał w lesie smoszewskim. Tym razem nie był to przypadek. Postrzelony w nogę został robotnik Stanisław Mielcarek, który kradł drewno. Nie wiemy, kto go postrzelił i jak się nazywał. Wszystko wskazuje, ze był to borowy, czyli pan wynajęty do pilnowania lasów. Rannego mężczyznę przewieziono do szpitala w Krotoszynie.

Pod lodem
5 grudnia 1936 r. grupa chłopców ze Staniewa postanowiła pojeździć po zamarzniętej Orli. Niestety lód na rzece był jeszcze cienki. W pewnym momencie, gdy znajdowali się na środku, dość głębokiej w tym miejscu rzeki, pokrywa załamała się.
Dwoje dzieci wpadło do wody. Jednego chłopca udało się uratować. Zginął 7-letni Edward Maćkowiak, syn robotnika ze Staniewa. Dzieciak po prostu wjechał sankami pod wodę.
Natychmiast rozpoczęto jego poszukiwania. Niestety wydobyto już martwe dziecko. Zwłoki przewieziono do kostnicy szpitala w Koźminie.

Eskapada
Działo się to 20 stycznia 1927. Złodzieje (ilu ich było, nie wiemy) najpierw dokonali włamania w powiecie pleszewskim, bo w Tomicach. Tam wieczorem zakradli się do domu gospodarza Jana Dopierały. Podczas gdy on i jego rodzina jedli kolację, wybili szybę w drugim pokoju i weszli do środka. Wynieśli dwie duże pierzyny, pięć poduszek, futro i dziewczęce ubranie. W tamtych czasach pościel była towarem bardzo atrakcyjnym.  
Następnie jeden ze złodziei doszedł do Orpiszewa, gdzie zauważył go nocny stróż, pilnujący tej wsi. W tamtych niebezpiecznych czasach w wielu miejscowościach opłacano mężczyzn, którzy w nocy strzegli dobytku mieszkańców. Co jakiś czas dawali oni znać służbowymi gwizdkami, że czuwają.
Nazwiska stróża z Orpiszewa już pewnie nigdy nie poznamy. Szkoda, bowiem swą pracę wykonywał bardzo rzetelnie. Zauważył mężczyzną niosącego jakiś tobołek. Dopadł do niego i po krótkiej szamotaninie wyrwał mu go. Tamten uciekł. Później okazało się, że w tobołku była część rzeczy skradzionych w Tomicach.
Z kolei wspólnicy tego złodzieja jeszcze tej samej nocy włamali się w Dąbrowie do zagrody miejscowego gospodarza, skąd skradli konia i bryczkę, którą odjechali do Kalisza. Tam jednak zostali zatrzymani przez policjantów, którzy w ten sposób ich złodziejską eskapadę zakończyli.

 

Oprac. Damian Szymczak
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

babcia Jadzia
babcia Jadzia 27.01.2019, 21:33
Nawet chrustu nie było wolno zbierać - sprawiedliwa Polska.

Pozostałe